...czyli urzeczywistnianie unikalnych możliwości...
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
PRZENOSINY

Przenoszę się z pisaniem na Bloggera.

Zapraszam do Nowego Skrawka Nieba

00:11, meaningfull
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 marca 2010
Pascha naszego Pana

Pascha naszego Pana.

Tobie, Adamie, rozkazuję: Zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cie stworzyłem, abyś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań z martwych, albowiem jestem życiem umarłych. (Starożytna Homilia na Wielką Sobotę) Liturgia Paschalnego Triduum jest jednym ciągiem "dziania się", czynów Boga, w których bierzemy udział, w które zanurzamy się, które nas ogarniają. Paschalne Triduum uobecnia Wydarzenie przechodzenia naszego Pana Jezusa Chrystusa ze śmierci do życia. To nie tylko rozważanie słów, poddanie się klimatowi liturgicznego obrzędu. Liturgia jest jak rzeczywisty nurt wody, który nas porywa w życie samo, w tajemnice Chrystusa, które dzieją się na naszych oczach, w naszym doświadczeniu, dzieją się niejako od początku, na nowo, tylko z naszego powodu. Nie ma tutaj innego powodu, wszystko w czym uczestniczymy jest z naszej, tylko i wyłącznie, przyczyny (nie tylko wspominamy, lecz bierzemy udział najbardziej egzystencjalnie, tak jak na co dzień jemy śpimy i kochamy, tak dziś - i w każdej liturgii i Mszy Świętej - wchodzimy w rzekę Bożego działania). To nie są slogany, hasła, słowa bez pokrycia. Dla Boga w niepojęty sposób najważniejszy jest ten Pyłek, ta Trzcinka, mała Trawka jaką jesteśmy.

Tak nieskończenie ważna, że decyduje się z naszego (mojego...to nieprawdopodobne...) powodu stać się człowiekiem, przyjąć postać człowieka, przeżywa ludzkie życie ze wszystkimi bólami i wchodzi w śmierć osamotniony, ogołocony jak tylko człowiek może być w śmierci nagi, boleśnie samotny, jak tylko człowiek może być najbardziej opuszczony, w swym własnym, ludzkim doświadczeniu, opuszczony przez ludzi i przez Ojca. A w końcu po śmierci - przedzierając się tajemniczo przez jej czeluści (czego nigdy nie pojmiemy tutaj) zstępuje za człowiekiem aż do Otchłani, po to, żeby nawet w tym najbardziej skrajnym opuszczeniu, od-dzieleniu od Boga towarzyszyć człowiekowi i wyciągnąć do niego rękę, mocną dłoń, jak pokazują Ikony. Dłoń, która chwyta Adama i Ewę i wyprowadza z największej ciemności rozpaczy naszych prarodziców. Tajemnica Zstąpienia do Otchłani jest najbardziej "moją" ze wszystkich tajemnic związanych z Chrystusem i jego drogą przejścia-paschy. Jest w niej i śmierć i zmartwychwstanie.

Na wschodnich ikonach tajemnica zstąpienia do Otchłani jest po prostu tajemnicą Zmartwychwstania. Ikony ukazujące zstąpienie nazwane są "zmartwychwstanie". W tym najniższym z możliwych położeniu, w które wchodzi Bóg w Chrystusie (...tak kocha...) jest dla mnie potężny wykrzyknik, i jakby echo zarazem cierpienia Ogrójca, osamotnienia, poczucia całkowitego opuszczenia, echo wołania w ciemność na krzyżu do Boga "czemu mnie opuściłeś?". Zstąpienie do Otchłani, gdzie nie ma Boga - więc jest to wejście Boga we wszystko to, gdzie Jego nie ma, po to, żeby przejść ocaliwszy i ochroniwszy wszystko i wszystkich, jest dla mnie najmocniejszym Słowem-Czynem miłości Boga, jego współodczuwania z człowiekiem. Jego totalnego zanurzenia w egzystencji człowieka, nawet (o paradoksie!) w doświadczeniu oddzielenia od Boga. Więc z każdej ciemności, z każdej naszej otchłani, miejscu bycia-bez-Boga, Bóg ma moc wyprowadzić nas, wtedy kiedy trzymamy naszą dłoń w dłoni Chrystusa. Cudowne są te gesty na Ikonach, kiedy Adam lub Adam wraz z Ewą wyciągają dłonie do zstępującego do nich Chrystusa. Adam oznacza po prostu każdego, bez żadnego wyjątku, człowieka, reprezentuje każdego z nas, kto jest w położeniu najtragiczniejszym w jakim może być człowiek wygnany z Raju. I oto krąg drogi egzystencji Adama się domyka, dlatego śpiewamy w starożytnym hymnie Exultet "o błogosławiona wino". Z powodu owej winy, sam Bóg stał się człowiekiem, przeszedł, przechodzi przez śmierć, w każdej naszej śmierci, w każdym umieraniu jest z nami, i w każdym naszym zagubieniu, oddaleniu. Bliżej niż ktokolwiek, jest cały czas po naszej stronie, jest "Bogiem z nami" - Emmanuelem, który oddaje za nas swoje życie, byśmy już nie musieli całkowicie zaginąć.

Czyż nie jest to Dobra dla nas Nowina? Najlepsza z Nowin? Liturgia tej Najświętszej Nocy jest tak bogata: możemy zanurzać się w Słowo Boga, przypominamy sobie wszystkie zbawcze czyny Boga w dziejach człowieka, jesteśmy świadkami chrztu katechumenów, sami zanurzamy się jak świeca paschalna w wodzie, w którą zstępuje Duch Boży (posłuchajcie, proszę, uważnie tej nieprawdopodobnej modlitwy, gdy kapłan zanurza paschał w wodzie - i w wodę tą - w zwykłą wodę - zstępuje Duch Boga), sami odnawiamy przymierze naszego Chrztu, uczestniczymy w paschalnym Posiłku wraz z naszym wychodzącym ze śmierci Panem - więcej, co ja mówię - Nim samym się karmimy, dzielimy, jak paschalnym barankiem, wraz z Nim przyjmując Jego życie w siebie. Nie musimy ulegać naciskowi grzechu, nie musimy słuchać podszeptów Złego - bo został on pokonany, związany. Możemy być wolni, nic nas nie więzi, nic nas nie mota. Jesteśmy wolnymi dziećmi Boga, możemy kochać najpiękniejszą z istniejących miłości, która nie kończy się nigdy. I chociaż z tych wydarzeń przychodzi do nas życie i radość, wiemy że nasza wiara nie jest tanią pociechą. Że czeka nas jednak jeszcze walka. Żyjemy i nie umieramy - umierając, radujemy się w smutku, mamy wszystko i niczego nam już nie potrzeba, będąc ubogimi i z pustymi rękami. Niczego nam nie brakuje, choć spragnieni jesteśmy i wołamy do Pana, aby Jego Pascha, Nowość, ogarnęła nas wszystkich (wszystkich których kochamy, bo jakże bez nich żyć będziemy mogli...jak moglibyśmy cieszyć się wolnością bez nich?), abyśmy razem przechodząc przez mrok naszego życia, trzymając się światła, nigdy nie ustali w przechodzeniu ze śmierci do życia, aż dotrzemy do spełnienia w spotkaniu Boga, w Chrystusie, przez miłość Ducha, po tamtej stronie życia...

Napisałam kilka lat temu, ale dziś przypomniałam sobie i wkleiłam tutaj.

wtorek, 16 marca 2010
życie i śmierć

W wieku 97 lat, 11 marca zmarł o. Joachim Badeni, cudowny, człowiek pełen poczucia humoru, dystansu do siebie, pełen uroku osobistego mężczyzna, mistyk, dominikanin.

Myślę o nim często po jego śmierci, czytam co napisał i słucham co powiedział.

Mam poczucie, że coś ważnego zostawił dla mnie i pilnuje z góry, żeby to do mnie dotarło.

Wspaniale się go słucha:

pełnia najpełniejsza

Pełnia najpełniejsza to zapis spotkania Open Duszpasterstwa Akademickiego "Beczka" w Krakowie, którego gościem był o. Joachim Badeni OP. Nagranie pochodzi z 2008 r.

Źródło: http://www.beczka.krakow.dominikanie.pl/

 

23:48, meaningfull , razem
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 marca 2010
Iluminatornia

Powoli rusza moja Iluminatornia :-). Zapraszam.

11:57, meaningfull
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Czerwony Namiot

"Och, potrzebuję przygód" - tak niedawno pomyślałam.

I stało się.

Renia zaprosiła mnie do współprowadzenia "Czerwonego Namiotu", spotkań w kręgu kobiet w "praPełni".

A kiedy spotkałyśmy się żeby porozmawiać na ten temat, to okazało się nagle, że w tapczanie u Reni czeka na nas misa chlebowego ciasta. Więc upiekłyśmy razem chleb :-).

Tak oto zaczął się mój czerwony namiot z Renią - od pieczenia chleba. A wcześniej od ważnego spotkania w kręgu kobiet, gdzie żegnałyśmy to co już odchodzi i witałyśmy to co nowego chce przyjść.

Więc przyszło.

Trwaj przygodo!

poniedziałek, 21 grudnia 2009
obecnie

...a obecnie urzeczywistniam swoje unikalne możliwości :-).

22:27, meaningfull , pojedynczo
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 listopada 2009
koan

Otóż dziś nie widzę skrawka nieba. Nie jestem skrawkiem nieba.

Dziś żyję w środku koanu. I to mnie paradoksalnie pociesza.

00:26, meaningfull
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 maja 2009
:-)
10:44, meaningfull , razem
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 marca 2009
No dobrze

Gdzieś we mnie powoli wyłania się wiosna.

Zaczynam znów  marzyć o domu i pietruszce przed domem, o niczym wielkim, miejscu do pracy i kochania.

Znów widzę że patrzenie na gwiazdy nie mija się z celem.

Oddycham pamiętając że oddycham.

Może cud jest możliwy znów. Nadzieja przebija sie przez skorupę ziemi.

Okej, myślę, będziesz taki jaki jesteś. Projekcje powoli chowam w szafie z zimowymi ubraniami.

10:50, meaningfull , razem
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 stycznia 2009
Wiedźma

Czasem ktoś pyta mnie czym żyję.

Żyję Pełnią Życia, ze wszystkimi jego ludzkimi niuansami, zróżnicowaniem, sprzecznościami, cieniami i światłami.

Bogata w wiedzę (z) Życia (wziętą). Jak to Wiedźma, która Wie.

Czasem jest to wiedza słodka, czasem gorzka, czasem kwaśna, słona, czasem mdła, czasem subtelna i wyrafinowana.

13:39, meaningfull , pojedynczo
Link Komentarze (7) »
sobota, 20 grudnia 2008
Moja "Pieśń" zaśpiewana do końca

Obroniłam się! Czuję że zamknęłam jedne drzwi a otwarłam kolejne.

Czekam na nową energię i przestrzen która się teraz ujawni.

A to fragment autokomentarza:

 "Pracą artystyczną wokół Pnp i zakończeniem tej pracy domykam pewien osobisty cykl, zataczam też prywatny artystyczny krąg.
Podjęciem i opracowaniem tematu Pieśni nad pieśniami otwieram nowy cykl życia, uznając dzisiejsze wydarzenie za rodzaj granicznego punktu. Podjęłam temat Pnp ponieważ niesie on w sobie bogate sensy i znaczenia, które uważam dziś za osobiście istotne dla siebie.  
Sztuka, twórczość jest dla mnie nie tyle, jak uświadomilam sobie, zapisem codzienności, notowaniem zwyczajności, co raczej oswajaniem osobistych zdarzeń, dramatów, przez wyszukiwanie archetypów, w psychice, w snach, w świadomości społecznej, w literaturze, a także w obszarze sztuki, w przestrzeni własnej twórczości. Odnajdywanie archetypów, świadome obcowanie z nimi, jak podpowiada Jung, umożliwia spotkanie z wewnętrznymi nieświadomymi obszarami poprzez wydobywanie obrazów. Jest dla mnie rodzajem ujawniania procesu wewnętrznej medytacji nad rzeczywistością i wlasnym doświadczeniem, pragnieniem wnikliwego oglądu świata, nie tylko jego zjawisk, fenomenów, ale wewnętrznego pulsowania.
 Sztuka książki, w dosłownym jej kreowaniu, ale też przez inspiracje zapisanym słowem szczególnie mi odpowiada, ponieważ jest miejscem styku literatury, myśli ubranej w kunsztowne słowa z graficznym obrazem mniej lub bardziej bogatym. Słowo i obraz spotkane razem są dla mnie nierozłączne i ważne. Dlatego, oba te obszary, artystyczny połączony z literackim jest moim osobistym i częstym źrodłeminspiracji, artystycznym "miejscem".
Miłosz  pisząc, że "poezja jest ocaleniem" ośmiela mnie do wypowiedzenia analogicznej myśli. W moim doświadczeniu to "obraz jest ocaleniem", lub bardziej "ocalaniem", ponieważ tworzenie, proces szukania wizualnych znaczeń wydobywanych z zasobów doświadczenia pomaga mi zbliżać się do tajemnicy, do niepoznanego, przez intuicję skrytą w obrazie, przez wizualne niedopowiedzenie, przez graficzną sugestię. Tłumaczy mi świat, relacje i pozwala na wgląd w samą siebie.
Pracą artystyczną wokół Pnp oswajałam dla siebie doświadczenie rozdarcia,  doświadczenie wygnania z Raju, braku i samotności, a też identyfikowałam doświadczanie bliskości, tak mocno obecne w Poemacie.
Zestawiając postaci kobiety i mężczyzny, szukałam możliwości zespolenia, spotkania, które może się wydarzyć także w warstwie artystycznej, formalnej, czyniąc pomost dla realnej egzystencji. Tworzenie, działanie artystyczne zogniskowane wokół temtu Pnp było dla mnie sposobem na przekraczanie nicości, świadomym przetwarzaniem "mrocznej strony wyobraźni" (to aluzja do wystawy Kubina), onirycznej ciemności, by ostatecznie wymknąć się jej, lub przemienić raczej przez medytację, w kierunku strony mniej mrocznej, rozświetlonej, gdzie możliwe jest spełnienie, uspokojenie.
Moja artystyczna wizja Pnp jest w pewnym sensie próbą odpowiedzi na dramat ukazany we fresku Masaccia "Wygnanie Adama i Ewy z Raju". Jest w tym zawarte pragnienie by pokazać małe cząstki Raju, powrót kobiety i mężczyzny do Edenu miłości, powrót zwyczajny, do Raju obecnego tu i teraz. Raju dostępnego w małych skrawkach. Do raju możliwego. "

czwartek, 11 grudnia 2008
Moje serce jest pełne miłości...

Moje serce jest pełne miłości moje serce nie chowa urazy w mojej głowie zaprowadzam pokój ciepłem ciała chcę Ciebie obdarzyć...

Oto Marika :-)

Razem z nią tańczę...yeyeye ;-D

sobota, 06 grudnia 2008
za tą na samym końcu

Na początku, w samym środku.

To trochę dziwaczne, bo chodzi mi o miłość.

O tą skończoną, tą nie zaczętą, tą która się nie stanie, ani teraz ani nigdy.

I tą która się spełnia i spełni teraz i zawsze.

Za tą na samym końcu chcę dziękować - zanim się stanie.

 

niedziela, 21 września 2008
na swój sposób jest genialnie

Jest na swój sposób genialnie chociaż:

jestem przeziębiona

nie wychodzę z domu

i piszę jak oszalała, żeby już skończyć TO wreszcie.

Ale jest mi ciepło, słucham muzyki

i w środku tej przyspieszonej jesieni czuję się jeszcze jak w lecie

bo przecież nawet liście wszystkie zielone za oknem.

Kto tu zagląda niech posłucha tego fantastycznego głosu, melancholijnego klimatu.

Sarkastycznego, smutnego i pięknego tekstu.

A muzyka taka: Joni Mitchell i jej Shine, shine:

Discover Joni Mitchell!

15:10, meaningfull , pojedynczo
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 września 2008
wena w Dolinie

Codziennie bywam teraz w Dolinie, a potem wdrapuję się na Skałę z której widzę rozległą przestrzeń i medytuję i obserwuję kilka myszołowów albo jastrzębi.

Piszę w Dolinie, to co mam do skończenia, a tam myśli mi się genialnie, przestrzennie i pisze cudownie, wszystko układa się w całość.

To dlatego być może, że miejsce kojarzy mi się z szaleństwami lata w dzieciństwie, a też z tamtym czasem kiedy mieszkałam w Dolinie ponad rok...

Teraz tylko przysiadam w okolicy "płotu" by być mniej widoczną. W tygodniu jest tam spokój, tylko obecny gospodarz się kręci, ale dziś było i zbyt mokro po ulewie, by na dłużej przysiąść na trawie, i zbyt wiele zaglądało tam ludzi. Więc wyprawa z komputerkiem by pisać skończyła się szybkim powrotem do miasta...szkoda.

A tutaj...choć nawet trochę jest przewiewnie u mnie, to jednak wena już nie ta ;-).

15:53, meaningfull , pojedynczo
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 sierpnia 2008
jak (nie)zwykle: Nowość

Nowe pojawia się niespodziewanie.
Rozkwita, zanika, albo wycisza się, by znów pojawić się w zaskakujący sposób. Nowe zjawia się w Starym, niemal nie różniąc się od niego, a jednak...nie da się podrobić Nowego, nie da się zaprzeczyć, że jest całkiem czymś innym, nie da się zanegować...
A więc w rzeczach starych pojawia się nowa jakość i daje staremu do wiwatu. Przyśpiesza, zmienia tempo, potem podskakuje lub tańczy, śpiewa, prowadzi rozmowę z tym co niemożliwe, przekracza graniczne rzeki nie do przejścia czy przepłynięcia. Dostaje skrzydeł.
Dwoi się, troi się i stroi (frywolnie). Jest łakome na życie.

A oto moje "Stare Nowości":

Widziałam morze, czułam morze, zimne, północne, świeciło ostre słońce i niewiele z niego ciepła mogłam wysączyć, piasek jakiego nie ma nigdzie na świecie, niebo chmurzasto-lazurowe. Gwiazdy ponad czapą chmur. Odzyskałam morze (Bałtyckie) dla siebie.

Wcześniej widziałam niemal w domowym zaciszu, dwie ulice dalej niejako, cudną kolekcję, dawno nie widzianą, włoskiego i północnego malarstwa renesansu, wzruszającą, która - może dlatego, że muzeum (a o Czartoryskich mowa) bez klimatyzacji - przypomniało mi niepowtarzalne zeszłoroczne lato Florencko-mediolańsko-weneckie. Odzyskałam obrazy, ale one najbardziej przynależne do mnie były, nie zostały stracone.

Równolegle, równocześnie książki, książki różne (kocham je). Codzienna porcja natchnienia, zmiany, koloryt dnia zapisany, zapamiętany czyimiś myślami, koncepcją. I do tego szkice, jak datownik, jak maleńka notka w dzienniku zdarzeń. Odzyskany czas, chwilo-czas, odzyskany z ułudy nieistniejącej przeszłości i przyszłości. Odzyskane Teraz.

W tym samym czasie wpadłam kolejny, kolejny już raz, najpierw wędrując, potem "siedząc" wytrwale, na kolejną moją starą nowość. Starą - bo z czasów pierwszych wieków naszej ery, w swej genezie środziemnomorską, z powiązaniami jeszcze starszymi, blisko i dalekowschodnimi. Starą bo już tyle razy wracała do mnie, lub ja do niej, jak fala. Medytacja. Odzyskałam wędrowanie i ludzi wędrujących ze mną, odzyskałam bezruch. Choć bezruch to raczej nowość nowa, nie stara.

To z tej (z tych) Nowości mój oddech głębszy dziś. Niby nic, niby to samo co zwykle, ale nie - całkiem wszystko od nowa. Odzyskane. Jeszcze tylko teatr - stara miłość, która szuka swojego nowego imienia w moim życiu...

Ale najpierw to co do zakończenia mam - wyśpiewać Pieśń skrupulatnie do końca, ubrać ją w ramy, uznać za zamkniętą na tą chwilę.

Discover Bebel Gilberto!


13:59, meaningfull , pojedynczo
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Droga
Przeszłam na piechotę ok. 120 km. Jestem szczęśliwa. To jest moje: iść i nieść Królestwo.
13:01, meaningfull , razem
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 lipca 2008
światło i muzyka

Jest tyle światła i muzyki dziś w moim sercu.

Kocham lato, słońce w każdych ilościach...

Marzę o Pięknie i idę TAM.

Discover Bebel Gilberto!


12:20, meaningfull , pojedynczo
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 lipca 2008
czysty błękit...
Discover Rufus Wainwright!
15:41, meaningfull , pojedynczo
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 lipca 2008
nieprzekraczalna inność
W praktyce istnieją pewne postawy ludzkie (weryfikowalne egzystencjalnie), które wychodzą z tak różnych antropologii, filozofii, teologii, że aż dziw, że tych dwoje kiedykolwiek, a nawet kilka lat, miało ze sobą (niby?) tak wiele wspólnego. Ale czym było to wspólne? Nie mogę dociec tego. To nieprzekraczalna inność mentalna, która całkowicie zaćmiła w końcu zdolność do stanięcia wobec siebie twarzą w twarz. Ale przecież w tamtym czasie istniało coś wspólnego, coś co skłaniało ku sobie wzajemnie, co czyniło możliwym poczucie pokrewieństwa...I ta całkowita inność także w tym: temat pozostaje tylko w jednej z tych osób jako realne pytanie o Sens.
10:43, meaningfull , pojedynczo
Link Komentarze (2) »
środa, 02 lipca 2008

Wczoraj zagłębiałam się w teksty Czapskiego.

Cudowne, świeże, ożywcze, proste, zapładniające.

Kocham go za to że się wadził z myślą Wail w taki dziecięcy, czysty sposób.

A ona, radykalistka, rzuciła ciemne światło w jego rozmyślania.

 

Dziś czuję że siedzę na skrawku nieba, na małym skrawku błękitu,

świat znów mi przypomina coś znajomego, nie jest tylko chaosem przypadkowych zdarzeń bez ładu.

Polecam każdemu łączenie dobrej lektury z basenem i praca twórczą :-) 

15:22, meaningfull , pojedynczo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 lipca 2008
Weil i Czapski

Na marginesie tekstów Simony Czapski, który bardzo ją szanował i wielokrotnie do niej powracał, dopisywał swoje uwagi, myśli.

Simone Weil: "Wdzięczność nie powinna w żadnej mierze stanowić przywiązania, bo to jest wdzięczność psów"

Czapski: "Nienawidzę tego tekstu". 

Cytuję za: Wojciech Karpiński "Portret Czapskiego" 

 

Wiele razy czułam się poruszona myślami Weil, a niejeden raz wyrywało mi się to samo co Czapskiemu :-).

Szukając ciebie wszędzie pukało, serce.

Melancholią oplótł twój smutek, serce.

Szukając ciebie, wszędzie pukało, serce.

Pragnąc Wenus, Księżyca twarzy, cudu,

Wciąż wpatrzone w drogę ku górze, serce.

Och, co dzisiaj stało się memu sercu?

Kto rozmawiał z nim wczoraj wieczorem sercem?

Tęskniąc za mówiącym klejnotem miłości,

Wzbiera falą, opada w piersi, serce.

Nadszedł dzień i rozrywa namiot nocy,

Tamtych okruchów radości szuka, serce.

Wiele jest tajemnic twego serca w moim.

Gdzie jest droga, co łączy serce z sercem?

Jeśli nie masz litości nad mym sercem,

Biada sercu, biada sercu, biada!

Hej Tabrizie! Tak pragnąc Słońca Religii,

Kiedy wzleci ku Plejadom serce? 

Dżalaloddin Rumi, W mgnieniu słów. Poezje 

 

Komentarz (podkreślenia moje):

"Powinienem zacząć mniej więcej w ten sposób: ażeby w pełni opisać postać i twórczość Moulany Dżalaloddina Rumiego, należałoby stworzyć kilkusetstronicowy traktat. A zatem jakakolwiek karkołomna próba pobieżnego, gazetowego szkicu jest z góry skazana na porażkę. Rzecz w tym, że nie jest to wcale takie oczywiste. Lektura tomu poezji W mgnieniu słów autorstwa tego trzynastowiecznego sufickiego mędrca i mistyka pochodzącego z Persji napawa mnie przekonaniem zgoła przeciwnym. Mnożenie danych biograficznych, referowanie meandrów wysublimowanej filozofii arabskiej, której Rumi był najznakomitszym reprezentantem, to rzeczywiście przedsięwzięcie godne habilitacji, a przynajmniej obszernego doktoratu. W iście homeopatycznym stylu (a więc minimalistycznym, a zarazem celnym i punktowo oświetlającym problem) dokonuje tego w swojej przedmowie i obszernych przypisach tłumacz Marek Smurzyński. Powtarzam jednak – kiedy obcujemy z poezją Rumiego nie potrzebujemy całej tej wiedzy: że urodził się w 1207 roku w mieście Wachsz (obecnie Tadżykistan), jakkolwiek tradycyjnie przyjęło się uważać, iż przyszedł na świat w Balchu. Że pierwszym jego duchowym mistrzem był ojciec. Że wyrósł na jeden z największych autorytetów islamu, choć kwestia jego ortodoksji bywa dyskutowana, i że był osobistym uczniem Szamsuddina Tabriziego, tajemniczego, wędrownego mistyka, który zginął później w niewyjaśnionych okolicznościach – choć przypuszcza się, że morderstwa dokonał jeden z synów Rumiego (istnieje pewna ezoteryczna interpretacja śmierci Szamsa, podobna do gnostyckiej doktryny powiadającej, że Judasz działał w porozumieniu z Chrystusem – aby dzieło zbawienia mogło się dokonać). Że angażował się w teologiczne spory z Ibn Arabim, wielkim arabskim myślicielem. Że współcześni sufi uważają go niemal za świętego, a jego wierszami zachwycali się m.in. Tadeusz Miciński (autor pierwszych przekładów) i Karol Szymanowski, który zainspirowany twórczością Moulany skomponował swoją słynną Pieśń o nocy. I tak dalej.
Nie potrzebujemy tej wiedzy (którą skądinąd możemy łatwo zdobyć – już to wnikliwie czytając krótki esej Smurzyńskiego, już to korzystając z Google), ponieważ poezja Rumiego przemawia czystym i prostym głosem. W głosie tym brzmi przede wszystkim miłość, zarówno do innego człowieka, jak i do świata. Brzmi w nim głęboka afirmacja istnienia – niepolegająca bynajmniej na dziecięcym idealizowaniu. Przeciwnie, jest to afirmacja w pełni świadoma przeciwieństw będących elementarnym budulcem rzeczywistości, świadoma bólu i cierpienia jako nieodłącznych składników ludzkiej egzystencji, świadoma wreszcie istotowej niepoznawalności absolutu, a przy tym – paradoksalnie – dostrzegająca jego wielorakie przejawy w każdym najdrobniejszym niuansie otaczającego świata. W bliskości ukochanego czy ukochanej, w planetarnych konstelacjach, w których astrologowie dopatrują się tajemnej harmonii wedle prastarej zasady „co na górze, to na dole", albo w melancholijnym śpiewie ptaków. Bo przecież – jak pisze Rumi – „w każdym ich słowie jest opowieść o duszy".
Jeśli sprawia to na pierwszy rzut oka wrażenie sterty sentymentalnych banałów – jest to wrażenie radykalnie błędne. Abstrahując już od tego, że kiedy obcujemy z poetycką twórczością Moulany, mamy do czynienia z niezmiernie subtelną i bogatą metaforyką, jak również z precyzyjną, zgodną z kanonami epoki i kultury formą – płytkie skojarzenie z banalnością wypływać może z pewnej, dość niestety dzisiaj popularnej, czytelniczej oraz światopoglądowej egzaltacji. Jej przemożnym objawem jest przekonanie, że od wszelkich rzekomo źródłowych doświadczeń, które zawsze były podstawowymi tematami literatury – takich jak właśnie miłość, transcendencja, cierpienie, nostalgia, lęk czy śmierć – oddziela nas nieprzejrzysta zasłona języka. Każda więc próba ich wypowiedzenia jest ex definitione groteskowa. Ten zaś, kto taką próbę podejmuje, jest albo epigonem dawno umarłych, naiwnych czasów, albo też muzealnym eksponatem dokumentującym pewien spełniony
etap w dziejach ludzkich zmagań z nierozwiązywalnymi dylematami istnienia (czytaj: mówienia). Inaczej jeszcze i dobitniej można sformułować ów pogląd: same te fundamentalne przeżycia, o których pisałem wyżej, przeżycia ujęte w prozatorską bądź liryczną konwencję, są jedynie gramatycznymi strukturami, nie zaś autentycznymi poruszeniami duszy (która przecież nie jest niczym więcej niż zwykłym rzeczownikiem).

Otóż po lekturze poezji Rumiego mówię tym dwudziestowiecznym papieżom „gramatologii”, tym admiratorom dadaizmu bez ładu i składu żonglującym pojęciami: idźcie na drzewo! Suficki mistyk żyjący 800 lat temu więcej wie o duszy, życiu, śmierci i miłości niż wy wszyscy razem wzięci.

Wie bowiem, że nic nie jest bardziej prawdziwe, nic nie jest bardziej realne niż dusza – jakkolwiek by ją rozumieć, byle tylko nie ujmować jej w cudzysłów. Wie też, że miłość oraz śmierć to bynajmniej nie semiotyka, tylko sama esencja życia (co skądinąd wcale nie umniejsza jego zagadkowej i tajemniczej natury). I właśnie dlatego lektura zbioru W mgnieniu słów to nie tyle literacka (choć również), ile raczej kontemplacyjno-filozoficzna uczta. W sensie jak najbardziej dosłownym."

(Recenzja ukazała się na łamach "Dziennika" z 25.03.2008)

Piękne opowieści o duszy, Tomasz Stawiszyński
 

poniedziałek, 30 czerwca 2008
między niebem a ziemią

Co za czas! co za chwila! Czuję się zawieszona między niebem a ziemią. Transcendencja się wymyka i nic w zamian. Ani poznania, ani światła. Ziemia i ciało pulsują życiem.

Persona nic nie rozumie.

Co to za dziwny poród? 

sobota, 28 czerwca 2008

Wczoraj czytałam w Zwierciadle artykuł o Herbercie Andrzeja Franaszka (niestety nie da się go zalinkować), dziś w Rzepie tekst o gwałtach wojennych. Mocny.

Mam taki moment że się czuję poruszona, płaczę... łzy są czymś co przemywa, czyści widzenie...

Czuję też gniew, znów gniew.

Więc szukam sposobu, na nowo, jak gniew uczynić siłą napędową, energią, która wprawi w ruch to co dla mnie ważne, co chcę poruszyć.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30